Moje wspomnienie na 11 maja 1945 roku w Volarach jest - naturalnie - bardzo mgliste. Wiem tylko to, że przechodziłem lub raczej potykałem się, w długim szeregu volarczyków za moją matką, na prawo od ciał leżących blisko siebie w otwartych trumnach. Mojego ojca przy tym nie było, stał jednak nad polem pełnym poukładanych zwłok, obok amerykańskich oficerów, którzy zostawili go na stanowisku burmistrza, by wykonywał ich rozkazy. Ponieważ nie mogłem znieść widoku oszpeconych ciał (były to pierwsze zwłoki, jakie do tej pory widziałem!), odwróciłem wzrok lub zamykałem oczy. Odczuwałem przerażenie, ale także strach (co się jeszcze z nami stanie?). Jeszcze przez wiele dni śniło mi się o tym. Ale tę traumę wkrótce przyćmiły inne dramatyczne wydarzenia w Volarach, które w międzyczasie stały się czeską gminą – takie jak grabieże, konfiskowanie domów i w końcu w marcu 1946 r. „wysiedlenie”, utrata domu z jego przykrymi konsekwencjami.
Do pewnej refleksji, umieszczenia owych wydarzeń do kontekstu zbrodni nazistowskich, doszło dopiero znacznie później. W pierwszych latach powojennych, pełnych nędzy egzystencjalnej, „człowiek miał inne problemy”. Ani w rodzinie, ani w szkole zbrodnie nazistowskie nie były tematem dnia. Odpowiedzialność i wstyd były długo wypierane. Po raz pierwszy, kiedy już również w naszym kraju mieliśmy chyba od 1950 roku kino i tam były wyświetlane te przerażające filmy amerykańskie o obozach koncentracyjnych i masowych morderstwach, uświadomiłem sobie, że to, co musiałem obejrzeć 11 maja 1945 roku, było elementem tego wszystkiego. Dopiero wtedy dotarły do mnie słowa jednego z oficerów amerykańskich: „Aby dzieci o tych zbrodniach nigdy nie zapomniały!”